fbpx

20 września 2023

Wróć do karczmy

Opowiadanie cz. 14 – Audiencja

Rutyna potrafiła dopaść każdego. Nawet władcę. 

Bloody Monarch rządził Slickhaven nieco ponad dekadę i zdążył się już znudzić przyjmowaniem petentów. Udało mu się wyróżnić kilka kategorii poddanych, którzy kalali jego salę tronową swoją marną obecnością: pierwszy był wieśniaczy plebs, który zwykł lamentować o zbożach i krowach, licząc, że spotkanie z władcą odmieni ich los. Plebs był słaby i bezwartościowy, w gruncie rzeczy nic ciekawego. Następne było mieszczańskie pospólstwo, które przychodziło z błahostkami dotyczącymi miasta i życia codziennego. Byli o klasę wyżej, ale ile można było słuchać o przebiegłych kupcach czy cenach towarów? To ich problem, że nie mieli pieniędzy, nie jego. Wreszcie byli dworzanie, jednak ci podczas audiencji nie przychodzili z problemami, a z rozwiązaniami. Oczywiście takimi, które umocniły by ich pozycję oraz zrujnowały tych, którzy nie myśleli jak oni. Co gorsze, byli naiwnie przekonani, że to oni pierwsi wpadli na taki pomysł. 

Te audiencje to była prawdziwa kula u nogi Monarchy – cały rok te same problemy, te same dylematy. No, może poza końcówką września – to w Slickhaven czas Święta Plonów – w tym czasie niemal każda wizyta dotyczyła szczegółów celebracji tego wydarzenia. O tym jednym Władca kochał decydować i rozmawiać – jak z resztą chyba każdy mieszkaniec Slickhaven. Tak, Święto Plonów to niezwykły czas! Ale to wyjątek, a ten tylko potwierdza regułę – wszyscy są przewidywalni i nudni, co do jednego. Po latach panowania człowiek zaczynał dostrzegać wzorce i prawidłowości, a decyzje podejmował wręcz automatycznie. Była to spora oszczędność czasu, ale też pewna droga w kierunku marazmu i znużenia, bo rzadko kiedy zdarzało mu się okazać prawdziwe zainteresowanie. Raz na jakiś czas pojawiał się jednak ktoś, kto potrafił wyrwać władcę z rutyny. 

Do sali tronowej wkroczyła trójka petentów. Dwójkę z nich rozpoznał od razu, był to miejski lekarz i młoda dziewczyna, która trudniła się dostarczaniem listów i przesyłek. Trzeci wyglądał na dworzanina, lecz nie był mu znany. Dziwne, zwykł przecież lustrować wszystkich, którzy mogli mu się potencjalnie przeciwstawić. Porządne, schludne ubranie, do tego ruchy i maniery pozwalające się zauważyć, a także swoista aura dumy i wyniosłości? Zabawne, doprawdy, byle by nie przesadził. W tych komnatach tylko jeden mógł mieć koronę. 

– Panna Salina! – Władca pochylił się i gestem dłoni wskazał, aby podeszli bliżej. – Słyszałem od wielebnego Grand Bishopa, że jego listy zawsze trafiają w odpowiednie ręce, bez pomyłek i opóźnień. Doprawdy, żałuję, że stanowisko nadwornego gońca jest już piastowane. Oraz doktor Cooper! Ufam, że dzisiejsza wizyta nie będzie wiązała się z pijawkami czy naparami, od których zawartość żołądka wraca na stół? 

– Nasz władco – dygnęła Salina. 

– Miłościwy panie – odrzekł Cooper, kłaniając się poprawnie, choć nieco zbyt teatralnie. – Nie, szczęśliwie nie tym razem, wszak widzę, że wasza wysokość pozostaje w dobrym zdrowiu. Stajemy przed waszym obliczem, panie, zatroskani o naszych sąsiadów i dobrobyt całego Slickhaven. Z pewnością znane są ci ostatnie doniesienia, jakoby roślinność w mieście, cóż, pozwalała sobie na zbyt wiele, z braku lepszego określenia. – Wskazał na swojego eleganckiego towarzysza. – Przedstawiam Benjamina Corvusa, z Cesarskiego Stowarzyszenia Botanicznego, który przybył wprost ze stolicy, a który może rzucić nieco światła na sprawę. 

Bloody Monarch zacisnął palce na oparciu tronu. Szpieg! Ten niby-dworzanin był z pewnością szpiegiem, cesarskim pachołkiem! Było tylko jedno rozwiązanie: wtrącić go do lochu, smagać aż wszystko wyśpiewa, a potem publicznie stracić, żeby nie było wątpliwości. Cesarstwo było obrzydliwą, nieposkromioną siłą w krainie i tylko takie bastiony prawości jak jego Slickhaven były miejscami zdatnymi do życia. 

W dawnych czasach było wiele królestw, każde ze swoją ziemią, językiem i obyczajami. Królestwa te toczyły wojny, a gdy te słabe upadały, powstawały nowe. Zdarzyło się jednak, że jedno nie chciało upaść i konsekwentnie podbijało bądź przyłączało do siebie kolejne terytoria, czy to za sprawą przewrotów politycznych, mariaży, czy pieniądza. Megalomania władcy, któremu nie wystarczał już tytuł króla, dała początek Cesarstwu, które wyciągnęło swoje szpony także w kierunku pewnego leżącego na uboczu, lecz prężnie rozwijającego się portu handlowego. 

Ojciec Bloody Monarcha, ówczesny władca Slickhaven, musiał podjąć trudną decyzję: albo przeciwstawić się rosnącej potędze i zostać zmiecionym z powierzchni ziemi, albo przehandlować suwerenność za życie własne i mieszkańców w ramach “paktu integracyjnego”. Lata mijały, a cesarskie statki przynosiły pieniądze, ale też nowe obyczaje i język. 

Oraz szpiegów! 

– Znakomity władco – odezwał się rzekomy botanik. – Moja organizacja bada szeroko rozumianą florę. Slickhaven jest niezwykłe, bo wszystko tu pięknie rośnie, choć czasem na przekór znanym nam prawom i zasadom. Ja sam jestem w mieście od niedawna, ale zauważyłem, że poza wielkim dobrobytem rośliny przynoszą też niepokój. Jedna z pacjentek doktora Coopera opowiadała o kolczastym winogronie, w karczmie usłyszałem o drzewie, które skruszyło mury, a ktoś inny mówił o pokrzywie, która ponoć smagała jak bicz. – Corvus rozłożył ręce. – Całkiem sporo przypadków, pozornie niepowiązanych, nieprawdaż? Ja podejrzewam jednak, że istnieje przyczyna tych zjawisk, która kryje się w Ciernistej Puszczy. Zwracam się więc z pokorą, abyś w swej roztropności zorganizował ekspedycję naukową wgłąb lasu, uwzględniając potrzebne wyposażenie i straże. 

Bloody Monarch zmarszczył brwi. Chce strażników? Niby dlaczego? Aby mógł ich potajemnie sobie zjednać, przekupić i sprawić, aby sami stali się kolejnymi pionkami w cesarskiej grze? Do tego ma czelność prosić o środki. Nie dość, że szpieg, to jeszcze szarlatan, który chce opróżnić jego skarbiec. Nie można mu było jednak odmówić, że był dobrze poinformowany, a jego teoria potwierdzała tylko to, o czym władca rozmawiał niedawno z Royal Jesterem: brak handlu ze strony dzikusów, brak śladów działalności bestii, to wszystko sugerowało, że w lesie działo się coś dziwnego. Coś, nad czym nie miał do tej pory absolutnie żadnej kontroli. Być może nadarzyła się okazja, aby przejąć inicjatywę. 

Władca rozważył wszystkie możliwości. Jeśli botanik rzeczywiście był szpiegiem i zginie w lesie, problem wścibskiego Cesarstwa rozwiąże się sam. Jeśli nie zginie, a przyniesie jakiekolwiek wartościowe informacje, zawsze będzie można go przepytać, potem stracić, a on będzie mógł umocnić swoją pozycję. Jeśli jednak jest prawdziwym botanikiem, a nie pozorantem, to może znajdzie sposób na uspokojenie sytuacji i nastrojów mieszkańców. Prosty lud uwielbia lokalnych bohaterów oraz władców, którzy ich wsparli. Jeśli zaś ów prawdziwy botanik zginie… cóż, mówi się trudno i rządzi się dalej. 

Bloody Monarch lubił odmawiać petentom, taka była część jego rutyny, ale ten Corvus mówił z sensem. W zasadzie podjął już decyzję, ale w sumie czemu nie miałby sięgnąć po kielich i popatrzeć, jak lud staje na głowie, aby dowieść słuszności swojej prośby? Przyda mu się trochę rozrywki. 

W końcu tak ciężko dzisiaj pracował. 

 

This site is registered on wpml.org as a development site. Switch to a production site key to remove this banner.